Pytam, czy widzieliście Państwo muchę z bliska. Bo wiecie, z bliska to mucha jest trudna. W odbiorze. Bardziej niż z daleka. Bo z bliska mucha pokazuje szczegóły i to takie, że nikt by nie przypuszczał. Włos się jeży a szczękościsk postępuje. Właśnie obejrzałem sobie taką jedną z bliska. Bo podleciała. Za blisko. Więc ją najpierw obezwładniłem a potem obejrzałem. Nawet nie bzyknęła...
Otóż mucha ma – wyobraźcie sobie – „w kontekście śledzenia istotne cechy. Rozpatrywana jako system, charakteryzuje się bardzo krótkimi czasami reakcji. Śledzi obiekty o wiele skuteczniej od człowieka". Tak wypowiada się D. Riley, uczestnik projektu mającego stworzyć maszyny rozpoznające w przestrzeni małe przedmioty. Musca domestica jest więc również wdzięcznym obiektem do badań na tę właśnie okoliczność, bo się wykazuje zdolnościami śledczymi a oko ma takie, że widzi wszystko dookoła i jeszcze więcej. Kontury też szybciej zauważa i przetwarza to wszystko analogowo, a więc prosto, skutecznie i szybko. Naukowcy zaś skonstruowali czujnik, który naśladuje oko muchy oraz jej analogowy system przetwarzania danych. I kto tu mówi, że mucha jest be?
Muchę należy zauważać i jeśli nawet fizjonomię ma parszywą, a cykl rozmnażania skatologiczny, to jest przydatna i użyteczna. A poza tym ma przewagę liczebną: co dzień na świat przychodzi więcej much niż liczy cała ludzka populacja...
Odwróćmy sytuację. Jak nas widzi mucha? Z obrzydzeniem pewnym z pewnością pewną jak nie wiem. Kontakt jest ubogi, nie pogada, ewentualnie można coś zjeść, ale wszystko to jakieś takie ledwo naskórkowe, mało pogłębione i konturowo nie za ostre. Obrzydliwe.
Piszę o musze, gdyż muszę przekonać Państwa, że obcy organizm bywa wart uwagi a nawet wielostronnego zainteresowania. Wszystko na tym świecie jest albowiem lub może być przydatne, kompatybilne i powiązane.
Na przykład podstawa. Programowa jak najbardziej.
Mucha nie siada.
Mówię to otwarcie i szczerze, a nie z przekąsem. Mówię to, gdyż uważam, iż dobre programy śledzące, co precyzyjnie określają kontury, są niezbędne dla systemu, który zarysy ma mieć wyraźne i ostre.
Podstawa programowa jest ostatnio traktowana przez nauczycieli jak uprzykrzona mucha: brzęczy, lata, mleka nie daje, za to zmusza do zostawania w okolicach okołowakacyjnych w szkole, by słuchać prelekcji kaskadowych o dobrodziejstwach nowego dokumentu...
Zdrowia to nie polepsza, za to udatnie podnosi ciśnienie – jak sugerują niektórzy...
Otóż wejście wspomnianego dokumentu stawia nas nauczycieli wobec sytuacji poznawczej i belferskiej stresującej jakby mocniej. I gadanie, że ostre widzenie konturów daje pochop do lepszego widzenia całości a przetwarzanie tego, co analogowe i linearne w tekst pedagogicznie wielowątkowy i wielowymiarowy – przynajmniej na początku – nie przekonuje.
Szanowni Państwo, dobrze jest grać na wielu pedagogicznych bębenkach. I nie jest to wcale podbijanie tego jednego jedynego bębna – spod Gębna. Nie jest to stugębna plotka z domysłem w tle, że podstawa będzie dobrą podstawką pod rozchwiany stolik lub stare łóżko na strychu. Bo takie myślenie znamionuje brak myślenia, tj. myślonko podciągnięte pod jeden strychulec.
Podstawa stanowi dla nas na pewno rodzaj poważnego wyzwania. Podnosi bowiem wymagania wobec nauczycieli, pokazuje również perspektywy rozwoju polskiej szkoły, tworząc w miarę wyrazisty komunikat o właściwych celach oświaty.
Zgódźmy się, że rację mają Ci, którzy powtarzają następujące zaklęciemantrę: zapomnienie o reformie szkoły, zaniechanie zmian uczyni nas kulturowym i cywilizacyjnym zaściankiem. Obecnie liczy się bowiem coraz bardziej łączenie wielu strategii edukacyjnych jako jedna z miar efektywności pracy pedagogicznej. Po prostu nie można zapominać o fakcie, że coraz więcej zdarzeń intelektualnie istotnych szkole się wymyka; ta pozostaje wobec nich bezradna, wycofuje się w strefę fałszywie pojmowanej splendid isolation. „Wspaniałe odosobnienie", poczucie własnej wyjątkowości, pogarda wobec rzeczywistości szkodzi naszemu fachowi. A fakty są takie, że szkoła musi łączyć wątki, które do tej pory rzadko były brane pod uwagę lub były traktowane jak oczywistość niewarta zbytniej edukacyjnej uwagi.
Nadmierna cerebracja, celebra w tym względzie, dla młodych umysłów bywa katastrofalna; zamiast budzić pasję, przeraża i nudzi. Zamiast dawać podnietę do rozwoju, obniża motywację lub ją całkowicie niszczy, przynosząc w zamian zupełnie inne uczucia, najdelikatniej rzecz ujmując – mało szkole przychylne. Zwłaszcza jeśli chodzi o uczniów „o słabszej podatności na szkolną edukację" i odpornych na „zajęcia reedukacyjne".
Słowa w cudzysłowie pochodzą z nowej podstawy programowej (co ja bym zrobił bez czujnej stylistycznie koleżanki!); brzmią nieco zabawnie, dyktowane są pewnie przez nadmierną polityczną poprawność. Oddają jednak istotę zamierzeń edukacyjnych. Liczy się przecież w tym wszystkim uczeń: ze swoimi zaletami i wadami, zdolnościami i osiągnięciami oraz – dramatycznymi brakami.
Obniżenie poziomu potencjalnych umiejętności już się w Polsce dokonało; należy się z tym zmierzyć i uczynić cały proces nauczania efektywniejszym; powiązanym z praktyką, nastawionym na doświadczanie i badanie, czyniącym z wiedzy encyklopedycznej niezbędny szkielet dla rozwoju emocjonalnego i intelektualnego.
A mucha?
Grunt to podstawa, a mucha niech dmucha. Na zimne.
