Opowiadanka Szczepanka: Z dziennika (nie)starego piernika. Wiosenne wynurzenia

Napisał 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Tak to Gerwazuniu. Tak to Protazuniu... Liść kolejny zielenić się poczyna – tu i ówdzie bardziej niż gdzie indziej, wiosnę czuć coraz bardziej, ptaszęta osobliwej żywotności nabierają i próbują coś z nią robić, a ludzie z niedowierzaniem patrzą na siebie, gdyż fale ciepła rumieńców im różnorakich przysparzają, barchany zmieniać każąc na strój miły dla oka i skąpy bardziej w ekstrawagancje materiałowe.
A to tylko przykrywka i humbug! Gra niecna a podstępna! Po to, by – Panie – potem z pieca na łeb, z jazdą taką bez trzymanki, że jabłko Adama w grdyce dziwnej dynamiki nabrawszy, niebezpiecznym – na skutek groźby nagłego zachłyśnięcia – się staje.

Bo zima nagłym mrozem trzaska na odlew w jagody i rumieńce mocne wywołuje, by zaraz potem dreszczem nagłem wzdryg ciała wywołać i popłoch w płynach ustrojowych nosa tudzież zatok i kości sitowej na dodatek.
Tak szczerze mówiąc, a od dzisiaj chcę być szczery – jak mówi poeta – wiosna podnieca i zachęca, daje energetyczną tężyznę i intelektualną świeżyznę, a to dla nawet niestarego piernika ważne i intratne fizycznie rozstrzygnięcie.
I nasi uczniowie też nabierają coraz mniej anemicznej ochoty na pozyskiwanie dóbr duchowych i intelektualnych wszelakich. Świat pięknieje w oczach i sam sobie robi białe PR. Wszystko szaleje i śpiewa „wiosna, wiosna, ach to Ty!”. „Świat nie jest taki zły, świat nie jest wcale mdły”, nucimy wtedy, dodając coś jeszcze o zakwitających jabłoniach i kankanie na dodatek. I dobrze. Tak ma być, tego się trzymamy, pijani zapachami kwiatów, powietrz, drzew, kniej i mięt.
W szkole świętowanie się zaczyna intensywne, ze świadomością jednak, że tuż przecież za progiem egzaminy pukać zaczynają w szkło klepsydr i drążą świadomość ambicjami, by stały się one – te egzaminy – powodem chwały wielkiej i podziwu dla wiedzy, umiejętności tudzież biegłości nabytych tu i ówdzie w szkolnych przedmiotowych labiryntach przepastnych, pełnych wszelakich fruktów i małmazyj intelektualnych.
A tu nie ma śmiacia, jak mówi mój językowo bezpretensjonalny kolega. Bo egzaminy są zjawiskiem mało izolowanym. Ściślej, w ogóle nieizolowanym. Wszak coś, co winno stanowić istotny składnik procesu dydaktycznego w jego momentach podsumowujących i – częściowo tylko w głównym obszarze zdarzeń dydaktycznych – narzuca styl pracy całemu systemowi! Pocimy się więc, by dobrze wypaść, trening wyczerpujący zadajemy, testy w te i nazad ćwiczymy, niuanse dystraktoryjne staramy się rozgryźć i na pułapki wszelakie latorośle nasze milusińskie uczulić. Odczuliwszy ich pierwej ze skłonności do uciechy z myślenia niezależnego, skojarzeń intelektualnie wątpliwych, lecz zacnych ze względu na bezinteresowność i czystą radość wymysłu, pochop dającą do miłowania szkoły i pryncypałów swych szlachetnej mądrości pełnych...
Samem uczestnik, i funkcjonariusz także,  systemu egzaminowania. Co i rusz chętki przejawiający, by krytykować uczniowskie braki, wpadki, niekompetencje. Bo widać je gołym okiem, gdy arkusz otworzywszy, klucz przydatny do rąk dostawszy, oceniać zaczynam delikwentów uczniowsko-abiturienckich...
Świat widziany otóż okiem egzaminatora przestaje być światem słodkości myślowych i satysfakcji oczywistych, wynikających z równie pewnych i przewidywalnych przygód belferskiego umysłu w zetknięciu z wyczynami egzaminacyjnymi młodych. Staje się czasem światem, horribile dictu!, Osłowic i Capowic razem wziętych, połączonych nie tyle autostradą, co trasą szybkiego ruchu ignorancji i braku jakichkolwiek kompetencji polonistycznych.
Wtedy myślę: „Wiosna, panie sierżancie” i „Spostrzegłem pierwszy siwy włos na własnej brodzie” lub „Weź go czart, a weź go czart”, i doskonalę w myśli narzędzia tortur dla tego dobroczyńcy, który wynalazł kwiecień tudzież maj jako adekwatny termin składania przez uczniów dowodów własnej zręczności intelektualnej wtedy właśnie!
A serio? To właśnie jest serio! O krok od groteski!
A serio? Wersja druga. Jest tak: dyskusje nasze toczyć się będą w klimacie zmiennym intelektualnie i emocjonalnie; nie wspomnę o politycznym, bo po co? System egzaminowania rzutuje na wszelkie metodyki oraz zachowania dydaktyczne nauczycieli. Uczniów też. Obecny system ma tendencję do zawężania skali oraz zakresu używanych chwytów. Uczenie w coraz dłuższych interwałach czasowych odbywa się „pod testy” i to w sposób mnemotechnicznie oraz intelektualnie mało wyrafinowany. Następuje degrengolada języka polskiego jako narracji pierwszej, podstawowej. Dawno już tąpnęło w „temacie czytelnictwa”. Uczenie się polskiego traktowane jest przez uczniów jak naiwność lub niedorzeczność: niczego przecież nie daje w sensie zamierzonych planów studiów i własnego awansu zawodowego. O kulturalnym nie wspomnę, bo taki zakres w zbiorze pojęć elementarnych u większości także tej zdolnej i niegłupiej młodzieży po prostu nie istnieje.
Byłem latoś na zajęciach w szkole wieczorowej, która przygotowuje dodatkowo chętną młodzież do matury. Przysłuchując się rozmowie młodych ludzi o fizyce, matematyce tudzież biologii, zapytałem nieśmiało: „Kochani, a polski?”. Odpowiedź padła natychmiast: „Polski – a kto się tego uczy? To nie jest nauka racjonalna. Rozwiązałam ostatnio trzy testy i zawsze było coś nie tak, bo odgadnięcie właściwych odpowiedzi z klucza graniczy z cudem”.
Zamiast komentarza:
Wiosna przyjdzie, śnieg znienagła zyjdzie.
Bociany przylecą.


Mariusz Kalandyk
Czytany 520 razy
Mariusz Kalandyk

dr Mariusz Kalandyk jest polonistą. Pracuje jako nauczyciel konsultant w Podkarpackim Centrum Edukacji Nauczycieli w Rzeszowie