Atoli czytać lubię bardziej. No i gdy już sobie tak poczytam, to lubię bardziej patrzeć w zielone niż czytać. Zielonego ostatnio dużo, ale czytania z każdym dniem przybywa, to i nielubienie czytania wzrasta. I jest zdrowe naocznie.
Bardzo lubię nie czytać głupot. A czytam. Bo najpierw podchodzę do pisanego z ufnością, dopiero potem ze złością i zezem. To znaczny ze świadomością, ze zem został znów zrobiony w sylena. To może lepiej nic nie czytać niż czytać głupoty?
Głupot do czytania jest dużo, ale można znaleźć też coś całkiem niegłupiego. Na przykład raport o nieczytaniu. Taki raport – opatrzony stosownym komentarzem – burzy spokój i resztki loków na głowie! Piszą w nim na przykład, że ostatnio ponad połowa populacji, ostatnio znaczy w ciągu roku, nie przeczytała nic, nawet naklejki na puszce ze śledziami. Nie przeczytała: instrukcji obsługi ziuma, podpisu pod, zapisu w, wyciągu z. Nic.
I żyje. Chodzi do pracy, zarabia, bywa nawet ekspertem w dziedzinie, szczyci się swą pozycją zawodową, a dzieciom każe czytać, bo Jasiu – czytać trzeba nieuku!
Skłamałem! Nie przeczytała żadnej książki! Nie ma tak dobrze i nawet ten, co nie czyta, czyta choćby nie mógł, nie chciał, miał opory czy braki w umiejętności składania w całość. Nie ma tak dobrze i coś czytać trzeba, nawet gdy nie dociera trzy czwarte lub więcej. Powiedzcie jednak, czy zmienia to coś powyżej?
Nie czyta książek jedna czwarta magistrów; jedna piąta spośród nich w ciągu miesiąca nie przeczytała tekstu dłuższego niż trzy strony. Nie czyta 36% kierowników, 44% przedsiębiorców, połowa pracowników administracji i usług.
Artykuł o stanie nieczytania Edwin Bendyk zatytułował Kraj Koziołka Matołka. Ładnie, prawda? Przygody sympatycznej kozy są jedną z trzech najczęściej kupowanych książek w powojennej Polsce. Oprócz Pana Tadeusza i książeczki Papcia Chmiela – zgadnij koteczku, jakiej?
Oczywiście wstrząsającego Tytusa…
Czytają, i to intensywnie, gimnazjaliści. Później jest coraz gorzej. Ciekawy jest fakt, że Ci, którzy piszą maturę i idą na studia, w dużej części wyzbywają się nawyku czytania. Pisania zresztą też. Są tak zabiegani, że starcza im czasu zaledwie na chodzenie na niektóre zajęcia.
Jak to się dzieje, że szkoła tak ostatnio skutecznie zobojętnia na książkę? Odpowiedź jest prosta jak fuga Bacha. Żaden przymus nie sprzyja namiętności. Żadna procedura nie wzmacnia miłości. Wszak to, co bywało źródłem intensywnych przeżyć i nie pytało o reguły poprawnościowe, wprzęgnięte w często drobiazgowy proceder wydobywania wszelakich esencjonalnych treści, zaczyna na odległość pachnieć rutyną i powtarzalnością; stereotypem i przewidywalnością do bólu.
Pytanie brzmi: jak skutecznie przenieść całą moc miłości i fascynacji z dziecinnego pokoju do szkolnej klasy? Jak ocalić intymną pamięć ciepłego światła lampy, by świeciło ono także – równie ciepło – daleko od domu? Bardzo możliwe, że nieczytanie (skóra mi cierpnie na samą myśl) stanie się zachowaniem wybranym świadomie i na chłodno. Co innego będzie zaspokajało te natychmiastowe i te odsunięte w czasie potrzeby. Pospolite i wyrafinowane. Intelektualne i ludyczne. Bardzo możliwe, że za moment sam goły tekst przestanie być medium skutecznym merytorycznie i artystycznie.
Co stanie się jednak z fundamentalnym stanem naszej jednostkowej i zbiorowej duchowej zasobności? W jaki sposób odnajdziemy drogę do wzajemnego istotnego komunikowania się w języku innym niż ten codzienny, socjalno-bytowy lub też profesjonalny, zawodowy?
Boję się, że technosfera zawładnie nami całkowicie i zburzy wszelkie dukty prowadzące do dalszej, niż na przykład dziesięcioletnia, tradycji. Bo nie jest tak, że rodzaj medium i techniczny sposób przekazu nie mają wpływu na jego treść. Może się okazać, że wiele treści po prostu „źle się czyta”, bo są z innego świata nie tyle potrzeb, wymogów i kompetencji wyobraźniowych, co technicznych środków publikowania.
Nie, nie jestem wrogiem e-papieru, smartfona i innego i-pada. Przeciwnie – mocno mnie to fascynuje; nie tylko ciekawi. W sensie dydaktycznym owe narzędzia mogą przynieść rozliczne korzyści. Na pewno okażą się bardzo skuteczne edukacyjnie. Myślę o czym innym, o tym, że warto w obszarze humanistyki ocalać przeszłe formy, bo nie zasługują na zapomnienie, bo gdy o nich zapomnimy, pozbędziemy się wartości niezbędnych do organicznie ludzkiego życia; bo popadniemy w barbarzyństwo.
Pamiętacie Państwo wiersz Zbigniewa Herberta pt. Elegia na odejście pióra, atramentu, lampy? Mądry Herbert przestrzegał już wiele lat temu: „[…] trzeba przed potopem/ ocalić/ rzecz/ jedną/ małą/ ciepłą/ wierną/ tak aby ona trwała dalej/ a my w niej jak w muszli”.
Czytanie jest ocalaniem. Mądre czytanie i mądre projektowanie owego czytania. Czasem myślę, że my – dorośli – zapomnieliśmy, czym jest dobre czytanie. Czytanie uczyniliśmy szemranym procederem, udręką, groźbą. Zapomnieliśmy, czym jest odświętność i ile owa odświętność może znaczyć dla zdrowego rozwoju naszych dzieci. Każdy nauczyciel, który potrafi w świecie fotoplastykonu pokazać dziecku świat rzeczywistych i autentycznych uczuć i myśli (w tej kolejności!), jest Kimś Wyjątkowym. I zawsze taki będzie w oczach swoich uczniów. Czytanie Świata jest także poznawaniem siebie. Książka jako wierny towarzysz owych poznawczych zajęć nie może opuszczać centrów naszej mitycznej i osobniczej przestrzeni. Jeżeli zniknie, znikną lub skarłowacieją i one.
Gdy mam czas, to sobie siedzę i myślę, jak ten Góral z Poronina. Myślę, bo czytam. Czytam, więc zdarza mi się myśleć. I na odwyrtkę: myślę, więc czytam i sprawdzam, jak to jest z moim myśleniem? A może ono takie bardziej durnowate jest? Może dziś bardziej panie ten tego wyrafinowane i bezpretensjonalne?
Myślenie ma przeszłość, jak mówi poeta, a jaką ma przyszłość? Co ma do zaproponowania dzisiejszy system edukacyjny? I komu ma? Czy coś takiego, jak sprawiedliwy udział w procesie ma na względzie? To nie są czcze pytania! Przysięgam. To są – jestem tego pewien – pytania istotne. Bo – Szanowni – gdy zrezygnujemy z walki o każdego ucznia, gdy zgodzimy się na dominowanie banalnego, ale aroganckiego, egoizmu, gdy książkę uczynimy przedmiotem luksusowym a czytanie synonimem fałszywie rozumianego elitaryzmu, przegramy nasze powołanie. Zamieszkamy w jednym wielkim Obrzydłówku, gdzie syta, pewna siebie, w jak najgorszym znaczeniu prowincjonalna Bezczelność podyktuje warunki rozmowy. Nie tyle o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i skąd przybywamy?, bo nie te rejestry, ile o racjach dla własnych przewag, miernych, lecz dających poczucie władzy i wyjątkowości.
Zamknięta na innych. Pusta. Niedająca nadziei na życie we wspólnocie wolnych i szczęśliwych ludzi.
Mariusz Kalandyk
