Ukazuje się od 1993 r.

poniedziałek, 10 luty 2014 09:38

Powtórna zdrada klerków? Wyróżniony

Napisał
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Lato daje nam do wiwatu, raz upał wielki przynosząc, raz oberwanie chmury i grad jak kurze jajka. Wszyscyśmy zatroskani i bardzo współczujemy, bo wody poburzowe szkody wyrządzają ogromne, niszczą tereny sąsiadów od Węgier, przez Czechy, po Niemcy, a i u nas nieszczęść wielu przysparzają.
Wakacje.


Niektórym nauczycielom, dzięki uprzejmości niewidzialnej ręki demografią zwanej i skwapliwych urzędników, wydłużą się niepomiernie, bo roboty dla nich nie ma i nie będzie. Szkoły w liczbie wielkiej zamkniono, podstawę programową zmieniono, biurom turystycznym w pacht klientelę wakacyjną oddano. A wszystko to dla dobra przyszłych pokoleń i efektywnej konkurencyjności naszej uczyniono.
„Он жил да был aдин” – filozof i literat. Nazywał się Julien Benda. Gdy stracił majątek przez tatusia zdobyty, zabrał się za pisanie. W 1927 roku wydał książkę pt. Zdrada klerków. Ciekawie pomyślaną książkę; broniącą jasnych podziałów i dbającą o imponderabilia, które jednocześnie wygodę moralną mają dać zainteresowanym oraz poczucie przywiązania do prawdy: szukania jej jasnego oblicza.
Klerk to mądrala, filozof, naukowiec, artysta. Ktoś, kto jest wierny ideom dla ich piękna, bezinteresowności, siły wyrazu, poznawczej mocy i tego, że mogą dać wiele dobra istotom ludzkim bez względu na kolor skóry, przynależność stanowo-partyjną, płeć, wiek tudzież podagrę. Klerk to esteta, ale i awanturnik, to ciotka przyzwoitka, ale nie dewotka. To ktoś ceniący wolność myślenia, niezależność i powtórzmy to jeszcze raz – prawdę.
– Lecz – „czym jest prawda?”.
– Dziś? Proszę o lepszy zestaw pytań!
Nie – tak klerk nie odpowie. Tak odpowie ten, kto zdradził klerkizm lub ma taką pokusę, to jest chęć. Gdy zaczynamy szukać owego lepszego zestawu pytań na temat prawdy, oznaczać to może stan zapalny naszego myślenia, nabrzmiewający ropień urazy, przemnożony przez miłość własną, czyli megalomanię. Także glątewkę niespełnienia. Poczucie mocy własnej i przeznaczeń do cięższych zbroi we wszystkich rodzajach wojsk. Prawdopodobnie małe poczucie sprawstwa i marzenie o byciu na czele, w hufcu potężnym, mnożącym dobra dla swoich, dyby dla wrogów. Być może również złość, a więc resentyment, mające postać uogólnioną, zamykającą się w gnomie mało może finezyjnej, ale jakże treściwej: z jakimi to kretynami muszę pracować, jakie miernoty znosić! Klerk w imię rzekomej prawdy zaczyna wtedy bredzić. W imię miłości własnej insynuować. W imię małego egoizmu mizerną łapkę nadstawiać do podkucia, chociaż on nie dźwigacz bawełn i innych dóbr kolonialnych.
On winien być jak ów Tumor Mózgowicz, co szuka dziury w całym i gdy już taką znajdzie – nie popuści. Nie ma wtedy dlań Greka i Rzymianina: nie ma przebacz. On jako Reytan ma stać w przeciągu, pierś cherlawą odsłaniać i sam jeden przeciwko potencji wszelkiej z pogardą na ustach trwać, ozorem mleć, drzeć twarz swą poczciwą i machać paluchem sękatym! Patrzeć na ręce władzy, pokazywać fałsz, tępić egoizm, powtarzać stare zaklęcia ludzkości i robotników: coś o sprawiedliwości, uczciwości i – tym no – solidarności. Pisać piękne książki i jeszcze piękniejsze wiersze, dawać do druku wydawnictwa zwarte naukowe – owoc ciężkiej pracy, mądrości bezinteresownej i twardego tyłka.  
Klerk to ciekawy koleś. Wszystkiego ciekawy. Może być birbantem i szlagonem, może mieć kłopoty z napojami i kobietami, czasem przesadzić w tańcu i szlochu. Ba – wolno mu nawet zgrzeszyć histerią i kabotyństwem. Ale to wszystko, co mu wolno.
Żadna niewidzialna ręka rynku, żadna konieczność historyczna, żaden idol i ideolog, żadna pomroczność jasna z władzą w roli lejtmotywu, żadna racja najwyższa uosobiona w tem lub w tamtem, żaden partykularyzm nie mogą zamydlić mu kaprawego oka. Żadne powidoki, wspieranie Doncia, Jarcia, Olcia, Olsena czy Januszka. Nic z tego. Twardy chleb w zamian, w żarnach własnego umysłu mielony, czyniony na zakwasie własnej pracy, pomyślunku, wiedzy i wrażliwości, wypiekany w piecu podejrzliwości wobec ułatwień, schematów i propagandy tzw. pijarowców. Tyle.
A my? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy drogą belferską? Skąd przyszliśmy i po co? No przecież wiadomo: klerki jesteśmy urodzone, szpaczkami uczciwości intelektualnej od fazy prenatalnej karmione, misję przed oczami mające, a w niej wzgląd na adolescentów naszych dobro! Bezinteresowność owa z ócz nam tryska krynicą mądrości wylewaną w przestrzeń szkolną nieustannie!
Nasi mądrzejsi reprezentanci też tylko o tym gadają, diapazon nam aksjologicznie ustawiając i kościec zawodowy utwardzając mocny. Stało się to niedawno i rewolucję w myśleniu naszym wywołuje. Szlachetną rewolucję, która każe rewidować, co się da, by nowoczesność w zagrodzie szkolnej kwitła a i na prywatnym gumnie niedługo potem też. Ostatnio – jak się wspomniało – klerki nasze zacne z kanonu obowiązków czytelniczych niejakiego Żeromskiego Stefana usunęły na ten przykład, by miazmatów oszukańczych nie plenił w umysłach dziatwy naszej bogobojnej. Ta winna bowiem etykę pracy na swoim i dla siebie ćwiczyć, w czerstwym egoizmie się utwierdzać, własne przewagi nieustannie podkreślać, w delikatnej pogardzie mieć wszystkich, co poniżej,  znojną robotą za rzucone od niechcenia miedziaki uszczęśliwiani są w mrowisku cywilizacji naszej konsumpcyjnej! Jakie projekta społeczne?, jakie wyplenianie nor strasznych mentalnych i materialnych?, jakie poczucie misji, które nie waha się przed ofiarą?, jakie wreszcie troski o dobro wspólne z pogardą wobec perspektywy własnej michy?
Oto klerkizm nasz powszedni, aplikowany bezwstydnie jako odkrycie wspaniałe jeszcze wspanialszego „nowego świata”.

Czytany 13846 razy
Mariusz Kalandyk

dr Mariusz Kalandyk jest polonistą. Pracuje jako nauczyciel konsultant w Podkarpackim Centrum Edukacji Nauczycieli w Rzeszowie

Więcej w tej kategorii: « Nowości wydawnicze

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.

© 2017 Podkarpackie Centrum Edukacji Nauczycieli w Rzeszowie