Pewien typ Eugeniusz Tyka
Synem był synestetyka
Który – trafny traf tak chciał:
Brata naukowca miał
Brat ów dość ambitny był
W całkach nieustannie tkwił
Gdyż brat pierwszy – synestetyk –
Widział w karo – słyszał w pik!
Nie dość na tym – Tyka syn
Dość miernego wzrostu był
A na cześć synestetyka
W głąb realiów palec wtykał
I w realiach dłubał snadnie
W te i we w te – jak popadnie
Bo realizm według Tyki
Jest jak trzon synestetyki.
Wuj i ojciec – wręcz przeciwnie:
Świat widzieli efektywnie
Tylko wówczas gdy symbolon
W ócz ich trzasku się wyzwalał
Dialektycznie rzecz ujmując
To jest dając upust ustom
Tyka syn chciał dotrzeć wprost:
Furda noumen furda – wzrost!
Za to tatuś no i wujcio
Znać nie chcieli słowa wprost
Lecz woleli – Ludzie stójcie! –
Świat uwikłać w pojęć moc!
Tropów znaczy się – i słów
To jest w nadmiar różnych wzorków
Mieć tu melanż – kształt patchworku
I wykopać dziurę – rów
Między tą i tamtą stroną
Między skrzekiem no i wroną
Treścią słowa oraz broną
Co zrównuje garb zagonu…
Gdy spotkali się – w areszcie
(Zakłócali ciszę nocną)
Dowiedzieli się nareszcie
Co jest słabą a co mocną
Stroną sporu No i potem
Z ust łopotem – że skorzystam
Z hipertrofii językowej –
Przekazali sobie wieści:
To nie palec ani smalec
Ani żadne synestezje
To nie diabły na czubeczku
Ni dogmaty ni herezje
Ważne bywa to co zawsze:
Kto ma klucze i pałeczkę
Kto jest w prawie sprawdzić teczkę
I przekręcić kluczyk w zamku
Oraz zbadać czy się zmieści
Za zameczkiem i krateczką
Synestetyk z realistą
Którym znów odbiło wieczko!
