„Bądźmy dla siebie bliscy…” – mówi poeta. I się zżymam, bo rzecz dotyczy nie tyle liryki apelu, ile wynikającego z maturalnych wymagań poziomu różnych kompetencji polonistycznych młodzieży abiturienckiej.
„Bądźmy dla siebie bliscy…” – nalega poeta. I czytam raz kolejny złotą myśl maturalną, pisaną z (bardzo) niedbałą elegancją, że bycie bliskim oznacza ciepło wzajemnych relacji, które – że oddane w pacht ciemnym górom oraz nieposklejanym ziemiom – wróżą katastrofę nam wszystkim.
Bierze się do tego celu
Tęgiego, starego pryka;
Sadza się go na fotelu
I siarczyście go się tyka.
(T. Boy-Żeleński)
„Parias”. Mimo zazwyczaj „turystycznych” odniesień, słowo nie najlepiej się kojarzy, prawda? W słowniku ogólnodostępnym oznacza ni mniej, ni więcej niż kogoś, kto nie posiada żadnych praw; w systemie kastowym znajduje się na samym dnie hierarchii. Łagodząc semantycznie rzecz całą, można powiedzieć, że jest to człowiek wzgardzony i wykorzystywany.
Piszę o tym nieprzypadkowo. Jak co roku spotykaliśmy się na konferencjach polonistów. To właśnie wtedy usłyszałem od zaprzyjaźnionej „nistki” zdanie brzmiące mniej więcej tak: „Teraz jesteśmy właściwie pariasami”.
Dobrze jest być na bieżąco. Ze wszystkim: pracą, rozumieniem zdarzeń codziennych, polityką, grą w macao, odpoczynkiem, a nawet edukacją. Własną i cudzą. Szczególnie cudzą, bo z własną się ma do czynienia od dziecka przecież. I to na niebotycznym wręcz poziomie możliwości i codziennych wdrożeń. Zaangażowania i doświadczenia. Emocji i rozumu.
W kosmosie zdarzeń różnych codziennych w przestrzeni naszej uwagi pojawiają się obiekty niezwykłe. Stajemy zdumieni, bo mimo rutyny i zapiekłych przyzwyczajeń ciągle jeszcze potrafimy się dziwić. Wszystko już było, ale do czasu, gdy pomiędzy „było”, a „jest” odkrywamy na nowo „prześwit”, miejsce na zachwyt, wzruszenie i radość.
Zobaczyć taką radość w oczach dziecka, gdy ma się już swoje lata, jest rzeczą bezcenną. Widzieć zdziwienie, zaaferowanie, pasję – to daje pochop i świadomość sensu tego, co się robi…
Czy zdarza się często?
Nie wiem…
W świecie fok wszystko jest po foczemu. Mama foka wie, co i jak, więc pokazuje małej foczce zasady życia w warunkach niesprzyjających egzystencji na krze, lodzie lub innej Arktyce. Jak złowić rybkę, jak skutecznie tyć, by z tyciego oseska stać się foczyskiem wielkim i tłustym. Jak unikać spotkania z orką, lwem morskim i innym skaraniem boskim.
W świecie lwów jest podobnie, tylko cieplej. Mama lwica pokazuje, w jaki sposób zorganizować amci, skryć się przed chłodem i złym lwim mzimu, wypocząć, zachować się przy wodopoju, przetrwać suszę lub porę deszczową.
Zdolne.
Twórcze.
Przyszłością narodu.
Skarbem. Przecież… Są.
Zanim?
Nie – to w grę nie wchodzi! Nie ma „zanim”. Nie ma czekania. Czekanie jest jak czkanie: „Tatka tka i matka tka, a praczka czka i też tam tka”. Ma być już, natychmiast. Jest bodziec, jest zaspokojenie: wargi – lipstick; nogi – dżinsik, ciało – lansik, głowa – kołtunik.
Lato daje nam do wiwatu, raz upał wielki przynosząc, raz oberwanie chmury i grad jak kurze jajka. Wszyscyśmy zatroskani i bardzo współczujemy, bo wody poburzowe szkody wyrządzają ogromne, niszczą tereny sąsiadów od Węgier, przez Czechy, po Niemcy, a i u nas nieszczęść wielu przysparzają.
Wakacje.